środa, 16 października 2013

Z ROZKAZU NACZELNYCH WŁADZ ZSRR


Z cyklu opowiadań  „Siberia stepalupo” -  Sybirski wilk stepowy
Autor Bohdan Rudawiec
WERDYKT 
Byliśmy normalną polską rodziną z rodowodem i tradycjami patriotycznymi, tata nauczyciel, kierownik szkoły,  mama nauczycielka pisarka, poetka i aktorka, siostra Halinka gimnazjalistka lat 14, no i ja Bohdanek 5 lat. Miejsce zamieszkania Grodno – Polska. Wszystko jeszcze było przed naszą młodą rodziną, cele, zamiary, marzenia. Mnie rodzice przygotowywali świetlaną przyszłość. Wybuch wojny i wkroczenie Armii Czerwonej do Polski i do Grodna zniweczył całkowicie wszystkie ich plany. Rozpoczęły się represje, przesłuchania i aresztowania a  następnie zsyłki do obozów w głąb Rosji i na Sybir.
Tata został aresztowany za patriotyzm i  ratowanie polskich książek, które były przez okupanta sowieckiego przeznaczone na spalenie. Za tą zbrodnię przeciwko Związkowi Sowieckiemu skazano go na obóz pracy. Mamę, przyjaciele i znajomi ostrzegali przed dalszymi represjami ze strony NKWD, co w stosunkowo krótkim czasie sprawdziło się. Zaczęli nas odwiedzać tajniacy wyrażając chęć kupna różnych naszych rzeczy jak: dywanu perskiego, lisa srebrnego, futer. Mama jeszcze tego nie zrozumiała co nam grozi, ale był to już widoczny znak, że  jesteśmy na liście do wywózki, ci ludzie jednak już mieli tą świadomość. Pierwsze transporty z wygnańcami odeszły w lutym 1940 r , a my za namową najbliższych  przyjaciół mieliśmy się przenieść na wieś i tam się ukryć. Ponieważ mama po długich staraniach dostała zezwolenie od właz więzienia na podanie ojcu paczki na dzień 14 kwietnia, nasza ucieczka musiała się o kilka dni opóźnić. Do podania paczki nie doszło. To zezwolenie, to była przewrotność i obłuda okupanta gdyż 13 kwietnia byliśmy już w pociągu wiozącym nas na Sybir!  Przyszli w nocy, uzbrojeni, kolbami karabinów walili w drzwi, mama nie otwierała naiwnie myśląc, że odejdą, że zrezygnują, pomyślą że nikogo nie zastali. Otworzyła dopiero gdy przyszli z siekierą. Weszli, trzymając  przed sobą wycelowane karabiny, obawiając się zasadzki. Dopiero jak zobaczyli bezbronną kobietę, a obok niej 14 letnią dziewczynkę wróciła im pewność siebie, jeden z nich powiedział: Nu Hrabianka sobierajsia (zbieraj się hrabianko),- „Z rozkazu Władz Najwyższych Związku Sowieckiego jesteś skazana na zsyłkę na Sybir”- taki był wyrok. Gdy przyszli po nas mama i Halinka jeszcze nie spały odmawiały modlitwę „Pod Twoja Obronę”, mnie obudziło łomotanie do drzwi, siostra płakała, a ja czułem, że dzieje się coś złego, aż w końcu i ja zrozumiałem, że wyrzucają nas z domu. Do dziś mam przed oczami ten rozgardiasz spowodowany przeprowadzaną rewizją w naszym domu, powywalane szafy, biblioteki rozkopana pościel. Od tego tragicznego momentu wszystko pamiętam, chyba spowodował to wstrząs jakiego doznałem po przebudzeniu się ze snu i wtargnięciu  zbrojnych obcych ludzi, że pamięć moja zaczęła funkcjonować w miarę normalnie. Mama nie płakała, dostojna i wyniosła dla wroga, lecz wewnątrz całkowicie otępiała i roztrzęsiona nerwowo. Po większej części bagaż podręczny,  jaki wolno nam było zabrać pakowany był przez Halinkę, jednak jeszcze jako dziecko, pakowała przede wszystkim swoje ulubione książki  i lalkę, a dla mnie parę gumowych krasnoludków, czyli bardzo niepraktyczne jak na Sybir rzeczy. Żadnych dokumentów nie pozwolili  nam zabrać. W porozrzucanych rzeczach i książkach na podłodze Halinka zobaczyła  teczkę naszego dziadka z dokumentami, rodowodem, historią rodziny, drzewem genealogicznym i innymi starymi pergaminami z pieczęciami lakowymi i wstążkami . Gwałtowność z jaką teczkę podniosła wzbudziła podejrzenie żołdaka, wyrwał jej z rąk  i natychmiast ją skonfiskował. Pozostaliśmy bez dokumentów, utraciliśmy swoją tożsamość, staliśmy się ludźmi  znikąd.
Uzbrojonych 3-ch mężczyzn wyprowadzało z domu kobietę z dwójką dzieci, padał deszcz, na dworzec towarowy w Grodnie wieźli nas przez miasto otwartą ciężarówką. Było mi zimno i mokro z opowiadań mamy i siostry wiem, że czułem się bardzo skrzywdzony. Gdy dotarliśmy na dworzec inni nieszczęśnicy już tam byli, pakowano nas do wagonów bydlęcych jak groźnych przestępców. Jedna prycza dla 3-ch osób. Kobiety, mężczyźni i dzieci w różnym wieku, kilkanaście rodzin w jednym wagonie. Zesłańców żegnał tłum krewnych, znajomych i przyjaciół, ale kordon uzbrojonych żołnierzy nie dopuszczał nikogo w pobliże naszych wagonów. Pamiętam dobrze te okrzyki pożegnań  i płacz kobiet, ogólny rwetes przekrzykujących się wzajemnie ludzi. Przekazywano sobie ostatnie polecenia i wskazówki, a potem zgrzyt  zasuwanych drzwi i dźwięk ryglowanych sztab, który towarzyszył nam już do końca tej naszej  dwutygodniowej „podróży”. Pociąg ruszył wraz z pieśnią „Boże coś Polskę” i dopiero teraz mama się rozpłakała. Za nami pozostał został spokojny, ciepły, zaciszny dom rodzinny, a przed nami daleki, zimny, obcy Sybir.

                                             

WERDIKTO
Ni estis normala pola familio kun patriotaj genalogio kaj tradicio.
La patro estis instruisto, lernejestro,la patrino – instruistino,poetino kaj aktorino,la fratino Halinjo 14- jaraĝa, gimnazianino, nu kaj mi Bohĉjo 5-jaraĝa.
La loĝloko Grodno,Pollando. Ankoraŭ ĉio estis antaŭ nia juna familio - la celoj, intencoj, revoj. Por mi la gepatroj estis preparantaj fierindan estontecon.
La militeksplodo kaj trudeniro de la Ruĝa Armeo en Pollando kaj al. Grodno plenne vanigis ciujn iliajn planojn. Komensiĝis la reprezalioj, priauskultadoj kaj arestoj, kaj sekve ekzilado al gulagoj en la profundon de Sovetunio kaj al Siberio.
La paĉjo estis arestita pro patriotismo kaj sovado de polaj libroj, kiuj de la sovetunia okupacianto estis destinitaj al bruligo. Pro tiu ĉi krimo kontraŭ Sovetunio li estis punita je labortendaro. La panjon amikoj kaj konatoj avertis pri piaj reprezalioj flanke de NKWD, kiu baldaŭ verkonformiĝis. Komensis nin viziti kaŝfunkciuloj esprimante la deziron aĉeti diversajn hejmajn objektojn, kiel la person tepiŝon la arĝenharan vulpokolumon, peltojn.La panjo ankoraŭ ne komprenis, kio nin endanĝerigas, sed tio estis jam videbla signo, ke ni troviĝas sur la listo de ekzilitoj, tamen tiuj uloj jam tion ekscisis. La unuaj transportoj kun ekzilitoj startis en februaro1940, kaj mi instigite de geamikoj intencis translokiĝi en la kamparon kaj tie nin kaŝi. Ĉar panjo post longa penado ricevis de prizonaŭautoritatoj la permeson transdoni al la paĉjo pakaĵon la 14-an de aprilo nia fuĝo devis je kelkaj tagoj prokrastiĝi. Ĝi na okazis. La menciita permeso reliefigas la perversecon kaj hipokritecon de la okupacianto, ĉar la 13-de aprilo ni jam estis en trajno veturiganta nin al Siberio.
Ili venis nokte, amitaj, per kolboj brufrapegante la pordon. La panjo ne malfermadis naïve pensante, ke ili foriros, ke ili rezignos pensante, ke neniu estas endome. Ŝi malfermis nur kiam ili venis kun hakilo. Ili trudeniris kun karabeloj tenantaj antaŭ si timante insidon. Nur kiam ili ekvidos senpovan virinon kaj apud ŝi 14-jaran knabinon ilia aplombo reaperis, uno el ili diris ironie: Nu hrabianka sabirajsia (pretigu grafino) – “Laŭ la ordo de la Plej Superaj Aŭtoritatoj de Sovetunio vi estas kondamnita je ekzilo al Siberio”- tia estis verdikto. Kiam ili venis preni nin la panjo kaj Halinka nkoraŭ ne dormis preĝante „Sub Vian Protekton”. Min vekis la brufrapado kontraŭ la pordon, la fratino ploro kaj mi sentis , ke okazas io malbona. Finfine ankaŭ mi komprenis, ke ni estas forpelataj el la hejno. Ĝis hodiaŭ antaŭ miaj okoloj bildiĝas malordo kaŭzita de la revizio en la hejmo malorde malplanigitaj ŝrankoj, librobretaroj, ĉifonitaj littolaĵoj. Ekde tiu momento mi memoras ĉion. Verŝajne kaŭzis tion vekiĝon kaj invado de amitaj fremdaj homoj en la hejman intimejon, ĉar mia memoro komencis funkcji iom normale. La panjo ne ploris, digne kaj fiere rilatante al la malamiko, sed interne plene ŝokita kaj nerve elĉerpita.
Nia manbagaĝo, kiun ni rajtis kunpreni en plimulto estis pakita de Halinjo, sed ankoraŭ kiel infano ŝi unuavice prenis siajn ŝatatajn librojn kaj pupojn kaj por mi kelkajn kaŭĉukajn koboldojn, kio konsiderante la ekzilokon Siberio, estis plenne nepraktika. Neniujn dokumentojn oni permesis al ni preni. Inter la disĵetitaj surplanke objektoj kaj libroj Halinjo rimarkis tekon de nia avo kun dokumentoj, genealogio familihistorio, genealogia arbo kaj aliaj malnovajn pergamenoj kun lakstampilojn kaj rubandoj. La hasto kun kiu ŝi levis la tekon elvokis suspekton de soldataĉon, kiu forŝiris ĝin el ŝiaj manoj kaj tuj konfiskis.
Ni restis sen dokumentoj, ni perdis nian identecon, ni fariĝis hemoj de nenie.
Tri armitaj viroj elkondukis el la domo virinon kun du infanoj.Pluvis al la vara stacidomo en Grodno oni veturigis nin tra la urbo en sentagmenta kamiono.
Mi sentis malvarmon kaj humidecon. El la rakontoj de la panjo kaj fratino mi scias, ke mi sentis min tre malfeliĉa, maljuste traktita. Kiam ni atingis la stacidomon aliaj povruloj jam tie estis. Oni pakis nin en brutvagonarojn kvazaŭ danĝerajn krimulojn. Unu kuŝloko servis al tri personoj.Virinoj, viroj kaj diversaĝaj infanoj, dek kelkaj familioj en unu vagono.
 La ekzilitojn akompanis homamaso de kuzoj, konatoj kaj amikoj, sed la vico de amitaj soldatoj allasis neniun en la proksimecon de niaj vagonoj. Mi bone memoras tiujn adiaŭokriojn kaj plorojn de virinoj, la ĝeneralan superbruon de la laŭtkriantaj homoj. Oni estis perantaj la lastajn petojn, rekomendojn, konsilojn. Kaj poste aŭdiĝis la grinco de la kuntirataj pordoklapoj kaj la sono de riglataj stangoj, kiu akompanis nun jam ĝis la fino de tiu nia dusemajna „vojaĝo”. La trajno ekrulis akompane de kanto- Dio, kiu Pollandon… kaj nur tiam la panjo ekploris. Malantaŭ ni restis trankvila, varma,intimetoza hejmo, antaŭ ni etendiĝis fora, malvarma, fremda Siberio.

Rakonto de Bohdan Rudawiec   belege tradukita per Barbara Pietrzak

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz